To już skończone…

Na tym kończę opowiadanie o ciążach,porodach itp.Chciałam tylko nakreślić powstawanie dwóch małych istot, ale oczywiście wyszło z tego kilka notek…
Wiem, że zdarza Wam się tu wpadać.Może chcecie opowiedzieć swoją historię?Zapraszam.

Patologia ciąży i nowe życie.

Pomimo tego, że na patologię ciąży wybrałam się ze skierowaniem i spakowaną torbą, towarzyszyło mi uczucie, że nie powinno mnie tam być.Przecież miałam urodzić zdrowe dziecko, swobodnie chodziłam po oddziale, a każda interwencja lekarza w środku nocy(do pań z innych sal)napawała mnie niepokojem.Dwa razy dziennie ustawiałyśmy się w kolejce i każda z nas miała sprawdzaną czynność serca dziecka.Nie ważne, że miałam świadomość, że z moim dzieckiem wszystko było ok.To badanie wywoływało u mnie szybsze bicie serca.Przeraziłam się, gdy pewnego razu nadeszła moja kolej na badanie, a tam cisza…nie pomagało przełożenie głowicy w inne miejsce.Za mną cisza…czułam przez skórę, że wszystkie zamarły.Udało się, złapałyśmy dzidziusia.Z udawanym spokojem udałam się do wc, gdzie stałam z zamkniętymi oczami i dziękowałam Bogu.Zapewne to nie pierwsza taka sytuacja(pani, która robiła to badanie, była oazą spokoju),a trafiłam na bunt maszyny…W nocy dostałam skurczy co 5,7min(od pojawienia się na oddziale miałam rozwarcie”na palec”).Rano zgłosiłam sytuację, zbadano mnie, ale było bez zmian(„może pani spokojnie polatać po korytarzu”).Wyszłam z gabinetu i…chodziłam, chodziłam, chodziłam…dobrze, że salowa mi nie przyłożyła ścierką.Śniadanie jadłam na stojąco, wspinając się na palce w trakcie skurczu.O 8:30 miałyśmy ktg.Na początku zapisu wpadła moja lekarka z świtą.Uspokoiła mnie,że jak nadejdzie ten czas, to mnie wyślą na górę.Gdy zapis dobiegł końca, zostałam zapytana, czy mam skurcze…zostałam zawołana do gabinetu, znowu zbadana…”rozwarcie 4cm, wybieramy się na górę”.Moja pani gin.była przy badaniu, bardzo się ucieszyła.Poproszono mnie, abym się spakowała.Zadzwoniłam do męża.Dobrze, że był u swojej mamy, więc przyjście do mnie zajęło mu 10min.Na górę(porodówka)miałam się udać z jeszcze jedną pacjentką(także z patologii).Jednak po wyjściu z windy okazało się, że nie ma miejsca i została poproszona o powrót na oddział.Ja podpisałam różne papierki, a zaraz potem po raz kolejny zostałam zbadana(5cm).Zrobiono mi lewatywę.Zaproszono mnie na salę(ta sama, co przy pierwszym porodzie).Zrobiono mi ktg(idealne).Stałam, rozmawiałam z mężem, a w trakcie skurczu opierałam się o łóżko, wspinając się na palcach.Bez wydawania odgłosów.Czyli u mnie się potwierdziło, że poród wywoływany bardziej boli.Badanie wykazało 7cm!Wyraziłam zgodę na zbadanie mnie przez dwie studentki.Po jakimś czasie okazało się,że mam 10 cm.To wszystko tak szybko poszło, że byłam autentycznie zdziwiona.O 12:05 miałam przy sobie młodszą córeczkę…
Ps.Później leżałam na sali z dziewczyną, która rodziła za ścianą.To ona miała być badana przez studentki, ale podobno położna weszła i stwierdziła, że u mnie wszystko idzie w ekspresowym tempie, mają wpaść do mnie, ha ha.
Ps.2.Przy tym porodzie była tylko położna, moja lekarka wpadła tylko pod koniec, skontrolować sytuację.

Dalsze perypetie ciężarnej…

Na badaniu prenatalnym usłyszałam, że maleństwo ma dziurkę w sercu.Nie wiadomo, czy to konsekwencja zachorowania na świnkę w ciąży.Jest jeszcze jedna możliwość.Jako, że to badanie było przeprowadzone przed 20 tyg ciąży, jest szansa, że serduszko po prostu się jeszcze nie zrosło.Zostałam zaproszona do kliniki za dwa tygodnie.Z wrażenia zapomniałam zapytać o płeć dziecka.W autobusie walczyłam z galopującymi myślami.Tak bardzo chciałam, żeby wszystko dobrze się skończyło.Nie wyobrażałam sobie półrocznego dziecka na sali operacyjnej.Jak ja podziwiam te wszystkie mamy, które musiały jednak przez to przejść.Bo do mnie znowu uśmiechnęło się szczęście.W końcu nadszedł dzień wizyty, na której dowiedziałam się, że serduszko się pięknie zrosło.Ale to nie koniec dobrych wiadomości.Okazało się, że pod sercem noszę córeczkę.Mąż liczył na syna, ale nie powiem, żeby był za bardzo rozczarowany.Dwie małe kobietki i jedna duża…toż to samo szczęście
Oczywiście potem miałam robioną krzywą cukrową i wcale się nie zdziwiłam, że miałam za wysoki wynik.Dostałam skierowanie do poradni specjalistycznej, gdzie porozmawiałam z panią dietetyk, otrzymałam glukometr do pomiaru cukru we krwi i tak moje życie zostało podporządkowane pomiarami, dietą, pilnowaniem czasu i wynikami.Co dwa tyg zjawiałam się na kontroli, gdzie zauważyłam znaczny spadek masy ciała.To plus cukrzycy ciężarnych.Po porodzie byłam lżejsza o 10kg(w porównaniu z zapisem przy zakładaniu książeczki ciąży).Dostałam bzika na punkcie pomidorów.Ok.38tyg ciąży moja gin.zrobiła mi u siebie usg(nowy sprzęt, zero pojęcia o nim).Wyszło jej, że maluszek ma wagę 3800g, co przy cukrzycy ciężarnych jest niebezpieczne(grozi makrosomią płodu(4200g to waga, przy której lekarze przeprowadzają cc).W dniu terminu porodu pojechałam z skierowaniem w zębach do szpitala(procedura w przypadku „słodkich” mam).Tak trafiłam na patologię ciąży, gdzie mierzono ktg dwa razy dziennie, mierzyłam sobie cukier i gdzie doczekałam się usg na super sprzęcie(3400g,taki sam wynik przy porodzie).Leżałam na sali z dwiema paniami, w tym koleżanką z facebooka…

Początek nowego życia,cz.II

Druga ciąża nie była tak łatwa jak poprzednia.Wychodząc z wizyty od ginekologa zgasło światło.Na moje nieszczęście byłam na klatce schodowej, schodziłam ze schodów.Spadłam z trzech ostatnich.W naturalnym odruchu wyciągnęłam ręce do przodu.Dzięki temu nie upadłam na brzuch, tylko na ręce i nogi.Poczułam nagły ból w prawej stopie.Tak trafiłam na ostry dyżur w szpitalu.Wyobrażałam sobie tabun ludzi z różnymi złamaniami, dzięki czemu ja wejdę do gabinetu po trzech godzinach.Ale stan „ciąża”, nawet tak wczesna jak moja, daje Ci pierwszeństwo.Lekarz zbadał nogę(skręcenie i nadwyrężenie stawu skokowego) i stwierdził, że rtg nie jest możliwe, więc otrzymałam receptę na maść, przepis na okłady i bandaż lub elastyczną opaskę i wyszłam.Aha i miałam odpoczywać.Z tym ostatnim miałam mały problem, ponieważ w domu czekała na mnie dwuletnia córka.Poruszałam się głównie skacząc na jednej nodze.Moja mała laleczka ciągle pytała jak się czuję, przynosiła mi różne potrzebne rzeczy, dawała buziaki na pocieszenie.
Ok.17 tyg.ciąży obudziłam się i mąż zwrócił uwagę, że jakoś dziwnie wyglądam na twarzy.Nie bolała mnie, ale ewidentnie się powiększała.Wybrałam się do lekarza rodzinnego.Na wstępie pani doktor stwierdziła, że powinnam się udać do stomatologa.Ale ja uparcie powtarzałam, że opuchlizna nie obejmuje tylko policzków, ale rozeszła się za uszy.Wtedy mnie zbadała i usłyszałam, że to najprawdopodobniej świnka.Dostałam skierowanie do szpitala.Na izbie przyjęć usłyszałam, że powinnam się udać na oddział zakaźny(czyli do innego szpitala).Ale znowu ciąża zrobiła swoje, pani przemyślała sprawę, wykonała jeden telefon i jednak można mnie było zbadać na miejscu.Trafiłam na oddział, pani doktor mnie zbadała i zapytała, czy chorowałam na świnkę.Odpowiedziałam twierdząco.W takim razie mam powtórkę z rozrywki.Wyszłam z receptą.Następnego dnia poprosiłam mamę, żeby udała się do mojej pani ginekolog(tym razem zaufałam nfz)i zapytała, czy mam się pojawić na kolejnej wizycie(w końcu jest to choroba zakaźna).Pani doktor chciała mnie zobaczyć.W gabinecie zostałam uspokojona, że ona nigdy nie słyszała, żeby ciąża była zagrożona w trakcie chorowania na świnkę(różyczka jest niebezpieczna).Ale dla pewności wykonała telefon do innej pani doktor(z rozmowy wynikało, że to jej dobra koleżanka).Również ona potwierdziła jej słowa.Zakończono rozmowę i dowiedziałam się, że jest to jednak choroba zakaźna i mogę liczyć na badanie prenatalne z nfz.Dostałam nr telefonu do tej koleżanki pani ginekolog i miałam się umówić na termin.Pojechałam i oczywiście z badania prenatalnego wyszłam zaniepokojona.Ale dlaczego, to napiszę w nowej notce…

Początek nowego życia,cz.I

W życiu każdej ciężarnej, której ciąża przebiega prawidłowo, nadchodzi najważniejszy moment…PORÓD.Jako, że mam dwoje dzieci, wiem coś na ten temat.Tym bardziej, że każda ciąża była inna…
Mając 19 lat wyszłam za mąż.Nie byłam zmuszona okolicznościami, taka była kolej rzeczy.Rok wcześniej były zaręczyny, pierścionek, choinka.W końcu zdecydowaliśmy, że chcemy powiększyć naszą gromadkę.Cztery m-ce później nosiłam pod sercem dzidziusia.Do ginekologa chodziłam prywatnie, lekarz był bardzo miły, kompetentny.Dzidziuś rozwijał się prawidłowo.Czułam się świetnie, tyle tylko, że byłam nieziemsko zmęczona. Były dni, że spałam całą noc, wstawałam dopiero o 14:00 i na szybko gotowałam obiad, żeby mąż miał coś ciepłego, jak wróci z pracy.Mdłości nie doświadczyłam, z jednym wyjątkiem:nie byłam w stanie znieść zapachu lodówki i zamrażarki.Miałam wtedy do wyboru dwie opcje:
1) mąż przed pracą wyciągał produkty, które były potrzebne.
2)otwierałam lodówkę z ręcznikiem przy twarzy.
W końcu nadszedł termin porodu i…nic.Otrzymałam od lekarza czopki, które miały trochę pomóc maleństwu się zdecydować.Wizytę miałam w czwartek.Umówiliśmy się, że zjawię się w poniedziałek i lekarz zrobi mi ktg.Jednak w niedzielę odeszły mi wody.Zjawiłam się z mężem w szpitalu, gdzie zapadła decyzja, że poczekamy do rana.Jeśli nic nie będzie się działo, to PORÓD będzie wywołany.W nocy dostałam delikatnych skurczy.Rano otrzymałam dwie kroplówki.Pisałam z mężem sms-y, siedząc na piłce i nucąc oraz gadając do siebie.Około 12:00 mężczyzna mego życia zjawił się przy mnie.Trochę pokrzyczałam.Położna,po kolejnym badaniu,obiecała mi odprężającą kąpiel w wannie i coś przeciwbólowego.Gdy wróciła po 15min.okazało się, że nie mamy już czasu na żadną z tych rzeczy.Pełne rozwarcie, mobilizacja i mąż trochę przerażony.Za bardzo się postarałam, ponieważ personel nie był gotowy.Po chwili na świecie pojawiła się najpiękniejsza istota na świecie.Jak miało się później okazać, była noworodkiem i niemowlakiem idealnym.Wstawałam tylko raz w ciągu całej nocy(równo o 3:00), potem budziłyśmy się o 9:00…Spokojna, z apetytem, prawie wcale nie chorowała.
Trzy lata później, po przeprowadzce do własnego mieszkania, znowu wróciłam na porodówkę.Ale o tym już napiszę w nowej notce(przekroczyłam 300słów).

To właśnie MY

Jako, że macie słaby obraz naszej rodziny, jestem niemal zmuszona przybliżyć Wam członków rodziny.
JA: 24-letnia kobieta, żona, matka, czasem kochanka własnego męża(podobno za bardzo skupiam się na dzieciach).Niewielkiego wzrostu, o oczach zdecydowanie zielonych, nie stroniąca od makijażu(umiar kobietki, umiar), zdecydowanie domatorka, nie mająca jeszcze sprecyzowanych planów zawodowych, od pewnego czasu odczuwająca potrzebę kontaktu z innymi kobietami(rozmowa chociażby o zupkach,kupkach i chorobach wieku dziecięcego).Zdecydowanie pod tym kontem zdesperowana.
MĄŻ:33-letni mężczyzna, mąż, tata, kochanek żony w tym krótkim czasie, gdy ona znajdzie chwilę i siłę dla niego. Lubi spędzać czas przy komputerze, przez większość roku przemieszcza się na rowerze, aktualnie wieczorami biega(co drugi dzień, małe dystanse, ale żona i tak go podziwia, że ma tyle samozaparcia).Rano wstaje z kurami(to nic, że mieszka w mieście, bo i pod naszym domem spacerują), wraca do domu późnym popołudniem.Kocha swoje małe córeczki, ale ma awersję do zostawania z nimi sam w domu.
STARSZA CÓRKA:prawie 4-letnia dziewczynka, o pięknych, miedzianych włosach, które ciemnieją z pierwszymi chmurnymi dniami jesieni).Chodzi chętnie do przedszkola, spokojna, nieśmiała(po mamusi), lubi oglądać bajki na Disney junior, nie na większej cierpliwości do młodszej siostry.Ostatnimi czasy wyłapuje co brzydsze wyrażenia i znosi je dumnie do domu.Jednocześnie jest mądra i prowadzi ożywione rozmowy z mamą na różne tematy.
MŁODSZA CÓRKA:9-miesięczna dziewczynka, od początku istnienia posiadająca dar głosu niosącego się niemal na księżyc.Przeszła już bunt noworodka,a bunt niemowlaka jest nadal aktywny.Niemal każdy zwraca uwagę na jej ogromne oczy, które po chwili zapełniają się morzem łez, ponieważ w swoim otoczeniu toleruje tylko mamę, tatę, siostrę,babcię B.i dziadka G.oraz ciocię K.Od pewnego czasu wysławia się w swoim własnym języku(słowa zrozumiałe dla nas:mama, tata, papa, gdzie, babcia, dziadek).Ku rozpaczy babci B.nie jest skora do wysłuchania wierszyków i piosenek.Jednak chętnie robi rączką papa,uwielbia rymowankę o myszce i jest fanką bajek o słoniczce Elli.Wszelkie melodyjne reklamy w tv, piosenki w bajkach oraz w komputerze, zostają okraszone tańcem pupki w pampersie.
KRÓLIK ANTOŚ:uroczy mini domownik.Mało kłopotliwy, cierpliwie znoszący dziecięce wrzaski, humory i dzielący się miłością pani z innymi domownikami.

A teraz proszę się przedstawić…

Pamiętacie pierwszy dzień nowego roku szkolnego,gdy właśnie zaczynacie przygodę z nową szkołą/klasą?Prędzej czy później pada prośba wychowawczyni/nauczycielki o przedstawienie się i kilka słów o sobie.Ile wtedy jest oryginalnych odpowiedzi,a ile w stylu „jestem Kasia/Tomek i lubię tańczyć/malować/słuchać muzyki”?Ile w tym jest prawdy,a ile strachu,że gdy odpowiemy np.”Jestem Asia i piszę piosenki(do szuflady,ale to też się liczy…coś o tym wiem)”,to wtedy pani znudzona większością odpowiedzi zacznie drążyć temat.Do czego zmierzam?Już zapomniałam…żartuje.Chodzi o to,że ja właśnie chciałabym napisać coś oryginalnego.Np.że jestem matką nietypową,ponieważ uczę dzieci mówić wspak.Albo codziennie rano śpiewamy irlandzkie piosenki.Bo lubimy.Ale nie.Jestem żoną od prawie pięciu lat,matką dwóch cudownych dziewczynek.I zaczynam swoje blogowanie.